wtorek, 3 maja 2011

9 odsłona - 4 maja 2011 - hinduskie jazdy

1 koszyk: 

Nirvana – Lithium

Cobain skradł moją duszę. Chyba niewiele jest formacji, które w tym samym stopniu mnie zachwyciły. Mało płaczę, ale po śmierci Kurta poduszka była mokra. Mało było ludzi niezwykłych w swej zwykłości. Muzyka prościutka, momentami banalna, ale jakże piekna i autentyczna. Jak fantastycznie słucha się ich każdej płyty czy to przesyconej bólem In Utero  czy przebojowej Nevermind  czy magicznej MTV Unplugged In New York , czy garażowej Bleach. Ostatnio pisałem  o Soundgarden, formacji z tego samego koszyka stylistycznego, ale jakże innej. Cobain ma zupełnie inny głos, niemalże punkowy, niedbały, garażowy, muzyka tez bardziej nieokiełznana,  bliżej jej do punk-rocka czy hardcore’a spod znaku Mudhoney niż do heavy metalu. Mogę tak pisać bez końca. Powiem tyle, śmierć Kurta zadziałała na mnie jak działa na każdego nastolatka odejście idola. Ból. Nie mogło być inaczej, nie wyobrażam sobie by tak niepokorna dusza jak On 
dalej tworzył. Jest dla mnie ikoną. Wielki szacunek.


2 koszyk: 


KulaShaker –Tattva

Kupiłem sobie ich kasetę i pamiętam po kilku przesłuchaniach spaliłem pewne niepokorne ziele. I  odleciałem zupełnie w klimat hinduski i jednocześnie czasy flower-power. Nie zapomnę jak po setnym którymś taśma nie wytrzymała. Ileż może wytrzymać ? Niebotyczne zjawisko, niezwykły luz, kompletnie spontaniczna sprawa, nie było w tym ani grama koniunkturalizmu, porażało to wszystko  świeżymi pomysłami i młodzieńczą energią. Uwielbiali brzmienie sitara a ta pozamuzyczna otoczka zrobiła na mnie spore wrażenie. KulaShaker to była efemeryda. Sława, pieniądze, poklask krytyków prysnął jak bańka mydlana. Ciężko było wrócić do tego klimatu. Dziś tworzą nadal bez presji jaka ni nich ciążyła po debiucie. Może nie ma w tym tego co na 
debiucie. Tego fantastycznego klimatu. Ale są.





3 koszyk : 


The Killers - Jenny Was A Friend Of Mine

Mało kto mnie sponiewierał swoim debiutem jak The Killers. Jenny Was A Friend Of Mine był jedna z tych piosenek, przy których klęknąłem. Dla mnie to była doskonałość i byłem pewien w dwustu procentach, że to formacja, która skradła wszelkie sceny muzyczne na wiele, wiele lat, która nie będzie w stanie znaleźć godnego następcę przez dekadę. Debiut The Killers, choć nie pozbawiony wad, był czymś zupełnie niesamowitym.  Ta płyta, a ta pieśń w szczególności, po prostu mnie pozamiatała. Jak dramatycznie spadła w dół artystycznie ta formacja – każdy wie. Day & Age jest po prostu straszna. Ale Ten Debiut, tego nikt im nie odbierze. To oni sami wyszarpali. Jak Małysz medale olimpijskie. Złoto w pełnej krasie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz