czwartek, 7 kwietnia 2011

odsłona 6 - 07.04.2011



Vallejo - Just Another Day



Jedno ze zjawisk, które przepadły bez echa, eklektyczne cudo z Teksasu, gdzie gorąco pustyni wyczuwalne jest niemalże w każdej piosence. Jak formacja niezwykle łatwo i na luzie przeskakiwała między wieloma wątkami muzycznymi, plątała się trochę w rejonie rocka, nie stroniąc od solówek gitarowych, od szlachetnego pazurka, cudownie znajdowała się w bluesie, groove, hip-hopie, czasem doprawiała swoją muzykę latynowskimi barwami, plemiennymi rytmami. Bez barier. Miałem dylemat, którą piosenką uznaję za ich najwspanialszą, bo cała płyta Beautiful Life jest zupełnie niezwykła. Bo przecież Snake In The Grass jest kamieniem milowym w tej stylistyce, bo If I Was President to wyborny rockowy szlagier. Wybrałem ten, od którego zacząłem przygodę. Z charakterystycznym przetworzonym głosem, wesołym tekstem, świetną melodią. Utwór, który po dziś dzień rozwala mnie niespotykanym już w muzyce rockowej luzem. Może Snake … jest lepszy, ale to cykl Hity mojego życia.


the Human League – Human



Polecą na moją głowę gromy, oj polecą. Prekursorskie dzieło Reproduction, Świetne Travelogue, zapchana hiciorami Hysteria, a ten za najlepszą piosenką uznaje łzawe i ckliwe Human. Przyjmuję gromy z pokorą. Wiem, że to już okres chyba nieco jałowy, a muzyka brzmi już bezpłciowo , ale Human to ballada wybitna, nie wyleczyłem się z tej melodii 27 lat, ona dalej mnie rozbraja, jestem bezbronny jak baranek. To piosenka popowa o jakiej śni każdy muzyk, jest ckliwa, łzawa, poduszkowa, kuszelowa, ale jaka piękna, jak urocza. Nadal czuć w niej sporo noworomantycznego klimatu. Wiem, że z artystycznego punktu widzenia nie jest to nic specjalnego i bija ją na głowę niezwykłe (Keep Feeling) Fascination, czy inspirujące po dziś dzień Don't You Want Me, bujające The Lebanon. Wiem to wszystko. Tylko co ja na to poradzę, że skradli mi serducho właśnie wtedy.


the Clash - Should I Stay Or Should I Go



Nie pamiętam ery punk rocka, właściwie buldożera, który sponiewierał wszelkie świętości i zaproponował barbarzyńską formułę. Wtedy dopiero pojawiłem się na tym globie. To była rewolucja kulturalna, okazało się po jednej burdzie w telewizji, że co brzydkie, proste, przaśne, czasem obrzydliwe może być też atrakcyjne. Wyobrażam sobie jaki były miny wszystkich twórców rozbudowanych, artrockowych dźwięków i form, jak musiało boleć ich, że takie formacje jak Sex pistols, The Damned, które nie znały wtedy nut, które nie potrafiły nawet grać na gitarze stają się obiektem kultu. O tym oczywiście będzie więcej przy okazji fantastycznej efemerydy Sex Pistols, która przewróciła muzykę do góry nogami. Do Polski punk rock dobił się przez żelazną kurtynę znacznie później, ale i tak wywołał zamieszanie. The Clash to, nie boje się użyć tego słowa zespół wybitny. Ich początkowe niedbalstwo wykonawcze zastąpił powiedzmy, kontrolowany profesjonalizm. Każda piosenka była chwytliwa, w mniejszym lub większym stopniu, ale każda przesycona jest łatwo wyczuwalną anarchią, złością, czasem agresją. Trudno o bardziej inspirująca formacje w muzyce punk – rockowej, praktycznie każdy szanujący się punkowiec robi pokłon, gdy słyszy nazwisko Joe Strummer czy Mick Jones . W dodatku nie ma tym ani krztyny pozerstwa i sztuczności. Przeboje z London Calling, takie jak Train in Vain brzmią niesamowicie beztrosko, ale każdy z nas wie, ile goryczy i złości wlewali muzycy do tej muzyki w tekstach. Inspirująca formacja. Gdybym miał wybrać niedbałe The Guns Of Brixton czy najbardziej niebotyczne pieśni Pink Floyd, zawsze wybiorę to pierwsze. Mój hit Rock The Casbah – to nieco wygładzone brzmieniowe oblicze, ale daj Boże każdemu takie wygładzenie. Fantastyczny hymn. Mój hymn.
_________________

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz