czwartek, 24 maja 2012

Odsłona 40 - Król jest tylko jeden

Odsłona 40 - Król jest tylko jeden

Koszyk ciężki:

30 Seconds to Mars - Echelon

Ileż kontrowersji powstało wokół tej formacji, ileż niesmaku, ileż goryczy. To oczywiście kwestia dziwnego image’u, muzyki granej pod publiczkę, plastykowego zachowania, jakiegoś infantylnego i sztucznego podejścia do publiczności. Zapomnijmy o Marsach AD 2012 i cofnijmy się o kilka lat, gdy Jared i ekipa zaczynali przygodę z muzyką, gdy to wszystko było jeszcze czyste, unikatowe, porywające, świeże. A takie właśnie było, do tej pory ciary chodzą mi po plecach, gdy słyszę niesamowity, nieprawdopodobnie powalający mocą Capricorn, pełen jakieś furii w Edge of the Earth, czy kompletnie powalający Fallen. Wszystko to było poukładane, ale miało dozę niezbędnego szaleństwa, było świeże i autentyczne. No i Echelon - klasyka math rocka. Kawałek po prostu nie do opisania zwykłymi słowami, narastający, nieoczywisty, kończący się wprost niesamowicie. Dziś właściwie pozostał rozmach i siła, ale nie ma już nic poza tym, no i ten cholerny emo-niesmak, nie o to chyba chodziło.





Koszyk średni:

Dishwalla - Counting Blue Cars

Ekipa z Santa Barbara otrzymywała tak rewelacyjne recenzje, że skusiłem się swego czasu na kupno kasety “Pet your friends”. Okładka przestawiająca roześmianą dziewuchę trzymającą na smyczy sarnę bardzo mi się spodobała. No i to co najważniejsze - nieprawdopodobnie chwytliwe i doskonałe melodie, których nikt w dzisiejszych czasach nie jest w stanie wygenerować. Charlie Brown's Parents zachwyca częstymi zmianami tempa i emocji, w obrębie jednej piosenki dzieje się tyle, że można obdzielić kilkanaście innych. Explode eksploduje furią i złością, Miss Emma Peel powala niecodziennie cudowną melodią i słodyczą, Pretty Babies kołysze energicznym stąpaniem z delikatnym głosem, Feeder buja, ach jakże lubię maczać się w tych dźwiękach, upajać tak optymalną mieszanką popu i rocka. Każdy kto lubi dobry pop-rock powinien koniecznie poznać ten krążek. Nie jest to jakieś arcydzieło ale kopalnia wspaniałych hitów. Zupełnie niedzisiejszych. No i Counting Blue Cars. Ogromny hit na listach posiadający niesamowitą melodię i głębię. Piękny na wskroś - by nie powiedzieć idealny.





Koszyk Lekki:

Michael Jackson - Beat It

Wielki król popu, nie ma w tym tytule ani grama przesady, to człowiek, który namacalnie zmienił świat swoją muzyką, spod jego ręki taśmowo wychodziły kawałki o jakie wielu muzyków modli się wieczorami. To artysta, którego geniusz kompozytorski na pewnym etapie był wprost nie do wyobrażenia, to człowiek, który miewał boskie przebłyski. Dobra koniec wychwalanek. Broni się muzyka, to świadectwo genialności o jakiej piszę. Tu aż się roi od wspaniałych piosenek, czy to będzie skoczny Smooth Criminal, pięknie funkujący Thriller, utrzymany w klimacie RNB Remember the time, rockowo brzmiący Give In To Me, słodziutki Man in the Mirror, mający coś z klimatu hip hopu In The Closet, przepiękny Dirty Diana, czy pełen delikatności Who Is It. Wymieniać można właściwie bez końca. Wszystko oczywiście perfekcyjnie dopieszczone aranżacyjnie, świetnie i z emocją zaśpiewane, pełne rozmachu. Każda piosenka ma znaczenie, tu nie ma zapchajdziur, tu nie ma pójścia na łatwiznę. No i mój ulubiony Beat It z gościnnym udziałem Eddiego Van Halena. Kawałek, który wyprzedził epokę, nie mam żadnych wątpliwości. Arcydzieło muzyki pop. Ikona. Michael zawsze będzie moim prywatnym królem popu.





Laurka:

Ashes of soma - Emancipate




wtorek, 8 maja 2012

Odłona 39 - Kryzys wieku średniego

Koszyk średni:

The Beta Band - Out-Side

the Beta Band była swego czasu niesamowicie frapującym zjawiskiem, bardzo lubiłem epatować się tą niezwykle eklektyczną i nieco psychodeliczną twórczością, w której nie brakuje odniesień do twórczości Becka, jak i gitarowych kapel z lat 90 tych. W tej muzyce jest wszechobecny duch eksperymentu spod znaku chociażby UNKLE i inteligentnego kombinowania typowego dla Zappy, bez znamion megalomanii, bez popadania w przaśną pastiszowość i co ciekawe z ogromnym poczuciem humoru. W tej muzyce jest również to, co najistotniejsze - czyli spory potencjał komercyjny. Potencjał niestety niewykorzystany. Ta wyśmienita porcja postmodernistycznej muzyki rozrywkowej podanej z głową i z jajami nie sprzedała się zupełnie, nie spodobała się? Ja po prostu myślę, że po prostu nie wpadła we właściwe ręce, może to brak szczęścia? Nie wiem tego. Wiem natomiast, że każdy szanujący się fan ambitnej alternatywy musi znać The Beta Band.





koszyk lekki:

Dexys Midnight Runners- Come On Eileen

To był swego czasu tak ogromny hit, że właściwie nie schodził z czołówek wszystkiego co mogło takową czołówkę posiadać. Pop w wykonaniu Dexy’ego z naleciałościami soulu, folka, country radził sobie dość przyzwoicie na wszelkich listach w latach 80tych będąc zawsze w cieniu większych. Stylistycznie formacja porównywana do The Specials, do ABC, do … właściwie do każdego. Nigdy, bowiem, nie miała artystycznie na tyle dużo do powiedzenia, by uzyskać swój własny, niepowtarzalny styl, odróżniający od innych, pomimo ciekawych partii smyczków, dęciaków, ciekawego głosu. Po prostu za dużo w tym było przeciętności i nijakości. Come On Eileen - był chyba jedyną piosenką, z której Dexy i ekipa mogli być naprawdę dumni. Żywiołowa, fajna, melodyjna, przebojowa, ciekawa rytmicznie i aranżacyjnie. Prawdziwy przebój. I ja się też kochałem w tej melodii na zabój! Nuciłem nawet przez sen. 





koszyk Ciężki:

Faith No More - Midlife Crisis

Faith no more to jedna z najlepszych kapel, jakie poznałem w moim życiu, jedna z najwybitniejszych jakie pojawiły się na naszym padole. Krążyli kilka last wydając kilka niesamowicie genialnych płyt, nie schodząc nigdy poniżej pewnego poziomu. Zawsze wysokiego. Nie nagrywają dziś na siłę płyt tak jak niektóre zespoły, zjadając własny ogon, każdy ich występ na żywo to istna ekstaza muzyczna. Każdy ich pomysł był świeży, niesamowity, inspirujący, szalony, niestandardowy. Dobra gadam frazesy. Konkrety: Mike Patton, jest człowiekiem, którego głowa pękała od pomysłów, artystycznie mógłby rozdzielić talent spośród tuzina muzyków pokrewnych stylistycznie, nic na tym nie tracąc. Muzyka Faith no more to szalona i nieokiełznana mieszanka rocka, metalu, funku, eksperymentalnych dziwolągów ale i przepięknych melodii. Spod jego pióra wyszło chore do cna Ugly in the morning, ale i liryczne, dostojne Just a Man, nagrał nawiedzone, jakieś sadystyczne Be Aggressive, dostatnie, mocne Ashes to Ashes, pełne jakiegoś psychodelicznego orientalnego hip hopu A Small Victory, nieprawdopodobne, najeżone soulowymi naleciałościami Star A.D, chore do imentu Cuckoo For Caca, gdzie Patton śpiewa jak punkowy Kaczor Donald, jest też balladowe Easy.... tak można ciągnąć w nieskończoność. Dla mnie ta kapela, czego się nie dotknęła zamieniała w złoto. Absolutna czołówka muzyki rockowej. Największy hit? Nie wiem co wybrać! Może to co było faktycznie największym hitem. 

czwartek, 22 marca 2012

Odsłona 38 - Pijacka Logika

Koszyk średni:

Keane - Bend And Break

Zupełnie przypadkowo, bo w przeddzień wydania nowego krążka, maszyna losująca wskazała Brytyjczyków z Keane. Formacja dość nierówna i budząca przeróżne reakcje, czasem wpływająca na koszmarne mielizny i uciekająca się do oczywiście przeciętnych i wątpliwych artystycznie rozwiązań. Czasem ich muzyka budzi wrażenie, że muzycy powtarzają te same schematy w kółko i można odnieść wrażenie, że się jest robionym w balona. Czym tu się zachwycać? Bo ani wokalista nie jest mega fachowcem ani mega artystą, ani to nie jest jakaś specjalnie wyrafinowana muzyka, ani teksty, ani… Tylko tyle, że ja mam do nich słabość, zawsze ceniłem ich za przepiękne melodie, za świetnie brzmiące instrumentarium i za rozmach. Bend And Break jest taką wisienką na torcie – przepiękna piosenka, cudownie zaśpiewana, zagrana, coś czystego, coś nieuchwytnego, coś nie stworzenia przez statystycznego artysty-grajka. Takie małe arcydzieło. 





Koszyk lekki:

The Fat Lady Sings - Drunkard Logic

Jedna z najbardziej niedocenionych kapel popowych jakie znam, śmiem twierdzić, że mogliby osiągnąć coś na kształt sukcesu, gdyby tylko pokierował nimi ktoś sensowny z branży. Tyle tylko, że Irlandczycy nie grają specjalnie komercyjnej muzyki, ani nośnej, ani kontrowersyjnej, ani wykręconej. Taka grzeczna muzyka z pogranicza popu i rocka. Silnie osadzona w południu muzyki Amerykańskiej, mająca w sobie coś z klimatu Angielskiego pop-rocka z połowy lat 90 tych, ze świetnym wokalistą wyśpiewującym kapitalne, niezapomniane melodie, każda ich piosenka jest boska. Cóż przepadli – ale nie ma się czemu dziwić, ważne, że ja ją wyłuskałem z czeluści świata muzycznego. I tym się chełpię, bo to przepiękne piosenki. 









koszyk ciężki:

Toadies - Possum Kingdom

Possum Kingdom brzmiał swego czasu tak niesamowicie, ze można było drzeć z głowy włosy i pytać, jak oni to zrobili? Banalnym, wyświechtanym riffem z tzw. potknięciem; prościutkim, kroczącym rytmem i leniwym postgrungeo’wym sposobem śpiewania. Tyle tylko, że to było dopiero otwarcie, bo dalej czaił się mroczny, pełen lęku Tyler, gdzie gitary jęczą, piszczą, miałczą i wszystko zlewa się w jakiś przepiękny sos, dalej jest narkotyczny i pełen dziwnej, psychodelicznej energii Paper Dress, przypominający dokonania Pearl Jam, jest rock’n’rollowy I Come From The Water, słowem pełnokrwista muzyka rockowa. Oczywiście oczekujący niespotykanych aranżacji, niebotycznych melodii i wywalonych w kosmos przebojów, się srodze zawiedzie, bo to muzyka pełna paranoi, choroby, dziwna i w swej schizofrenii na swój sposób piękna. 



http://www.mycharts.pl/forumdisplay.php?fid=111 

wtorek, 6 marca 2012

Odsłona 37: Sąsiedztwo

Koszyk Średni:


Arcade Fire - Neighborhood #3 (Power Out)


To od początku było niesamowite zjawisko. Jakieś nieuchwytne dla poszukiwacza szufladek i nie do zniesienia dla miłośnika spójnej estetyki. Oczywiście na trzeciej płycie to wszystko stało się mocno wyszlifowane i spójne, ale straciła na tym wszystkim spontaniczność, z jaką obcowaliśmy na debiucie. Taka spontaniczność była znakiem rozpoznawczym Talking Heads i w pierwszych momentach miałem wrażenie, że Arcade Fire są spadkobiercami talentu Byrne’a w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Arcade Fire kapitalnie odnajdują się w folk-rockowych klimatach (Wake Up), doskonale rzeźbią w masie zimnofalowego klocka z lodu (Black Mirror), cudownie łkają na modłę postpopu spod znaku Modest Mouse (Neighborhood #2 (Laika)). To bardzo solidna kapela, która mimo przebojowość stawiała na dalszej pozycji, dla niej podstawą tworzenia był klimat, dobry tekst, jakaś elegancja. Ja zawsze wolałem bardziej wykoślawione oblicze – nieco ironicznie podniosłe Rococo, rock’n’rllowe Month Of May, czy mające w sobie coś z klimatu wspomnianych Modest Mouse Neighborhood #3. I choćby z powodu nadmiaru elegancji całokształt twórczości AF odbieram jako lekkie rozczarowanie. 









koszyk Lekki:


Gorillaz – Doncamatic (All Played Out)


Gorillaz to formacja niezwykła, niezwykłość jest w stanie potwierdzić każdy człowiek na tym globie. Bo jaką kapelą może być ekipa skrzyknięta przez Damona Albarna? Gorillaz w sposób kompletnie nonszalancki, zwariowany łączy w spójną papkę totalnie odległe od siebie światy. Na jednej płycie spotyka się grupa muzyków hiphopowych, soulowych, metalowych, folkowych jako maskotki w teledyskach tworzą w tym garncu zupełnie niesamowity miszmasz, mający cechy spójności. W to wszystko wlewa się seria zwariowanych pomysłów aranżacyjnych i wykonawczych made by Albarn. Każda piosenka zaśpiewana, zagrana, wykonana jest z myślą, z pasją, z niespotykaną radością. Na najlepszy kawałek wybrałem ku zaskoczeniu wielu piosenkę nietypową dla nich. Zaśpiewana przez Daley’a – popowego wokalistę, o słodkiej i nieco dla wielu pretensjonalnej w gruncie rzeczy barwie głosu. Towarzyszy tej piosence niesamowicie udany obraz, kapitalny podróż podwodna do plastykowej wyspy. To jest dowód na to, że dla Damona nie ma rzeczy niemożliwych. Doskonały pop wyzuty z jakichkolwiek barier i konwenansów – świadectwo, że są na świecie ludzie nie bojący się prawdziwych wyzwań. Oczywiście kocham wiele innych piosenek Gorillaz, ale Doncamatic jest dla mnie zaskoczeniem każdego dnia. 






Koszyk ciężki:


Saliva - After Me


Saliva właściwie istniała tylko na debiucie, kompletnie wyjebistym rockowym łojeniu, skocznym, rześkim i porywającym. Cała płytka najeżona była świetnymi melodiami, niebanalnymi zabiegami aranżacyjnymi, aż zimno robi się od brawurowej rock,n,rollowej zabawy na pograniczu kiczu i całusa w pośladki. Click Click Boom – bodaj największy hit z tego krążka ma w sobie coś z zadymy, Your Disease – to jakieś wkurwienie, właściwie każda piosenka to wymierzony w zły świat środkowy palec. Ja wybrałem After Me – zupełnie z innej bajki, bliżej im tutaj do stylistyki Flaw czyli melodyjnego, pełnego zadumy i jakiejś refleksji protest songu. Tam emocje są artykułowane inaczej, środkiem wyrazu jest niepokój i konsternacja. Generalnie Saliva jako całokształt to kompletnie beznadziejna kapela, grająca sztampę, ale powalającego debiutu nikt im nie odbierze.







wtorek, 31 stycznia 2012

Odsłona 37: Ból w każdym języku

Koszyk Średni:

On - if i get to feel you

Taki dziwaczny eksperyment Kena Andrewsa z Failure, Year of the Rabbit, Replicants i Bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze, okazał się rewelacją. Nikt nie przypuszczał, że Shifting Skin – jedyny krążek formacji On, będzie tak niesamowitym zjawiskiem. Na czym polega fenomen On i o czym ten dziobas tak nawija, skoro nikt właściwie nie wie o co chodzi? Failure – klasyka nurtu zwanego space rockiem, okraszona przebojową psychodelią, została tu pięknie spleciona z elektroniką, doprawiona rytmicznym i skocznym drivem tu i ówdzie sympatycznym riffem, każda piosenka ma coś innego w sobie, co przykuwa uwagę. Płyta właściwie kompletnie niezauważona, a potencjał komercyjny ma ogromny. Miała. Bo dziś to już historia. Cała płyta – monolit. Koniecznie – nie tylko dla fanów space rocka. 





Koszyk Lekki:

Apollo 440 - pain in any language

Czy to koszyk lekki? Nie wiem. Apollo kojarzy się właściwie z muzyką taneczną. I tu muszę trzy grosze wrzucić. Opowiem ciekawą anegdotę. Pracując w wakacje w okresie szkoły średniej strasznie napaliłem się na kawałek Raw Power, doskonały kawałek taneczny z ambicjami. Ale nie doczytałem, że to bonus track, tylko na CD. Pracując w malutkiej foremce budowlanej w Rybniku, natrafiłem na dziwny dzień, gdzie część ludzi miało wyraźne apetyty na piwo, a ja jako ten najmłodszy skoczyłem. Po drodze minąłem sklep muzyczny Totu na Placu Wolności, kupiłem kasetę. Posłuchałem ją w magneciaku przy kolegach tynkarzach, malarzach etc. Nie było skali złości, w jakiej można było zmierzyć złość, gdy skonstatowałem, że nie ma na tej kasecie Raw Power. Ale słuchałem, słuchałem, słuchałem i okazało się, że mam do czynienia z rzeczą wybitną. Doskonałą. Wybitną. Cała płyta kolorowa i pełna dramaturgii i wielu barw, zawiera To. Pain in any language – to rzecz epokowa. Rzecz, jakiej nie powstydzili by się najwięksi tego świata. Ma w sobie coś z klimatu Dead can dance. Pikanterii dodaje fakt, że w tej piosence śpiewa człowiek, któremu dzień wcześniej przyjaciel popełnił samobójstwo. Billy śpiewa całym sobą. Duszą. Wszystko na tej płycie wydaje się być przemyślane i konsekwentne, od początku do końca. Płyta eksperymentalna, wymykająca się łatwym klasyfikacjom, każdy kawałek jest z innej bajki a jednocześnie krążek jest niebywale spójny. Czy weźmiemy nieodżałowane dubowe Raw Power, czy niesamowite narastające nagranie tytułowe mające w sobie coś ze Stereo MC’s, czy jazzujące Kruppa, czy karkołomna interpretacja hitu Ediego Van Halena, Ain't Talkin' 'Bout Dub czy kompletnie powalająca Altamont Super-Highway Revisited – rockowa, ale jednocześnie elektroniczna z powalającym pochodem basowym, czy narkotyczny, nieco chilloutowy Vanishing Point. Silną pozycją jest też kompletnie nie dający się zaszufladkować White Man's Throat, no i bluesowo brzmiący Tears of the gods. Electro glide in blue jest krążkiem najbardziej udanym w dyskografii Apollo 440. Ambient, house, drumnbass, jazz, blues, hip hop – to wszystko można tu znaleźć. Bez wątpienia krążek, który nieźle „nabroił” w ówczesnym elektronicznym światku. Wielka rzecz. Bez cienia wątpliwości. 





Koszyk Ciężki:

corrosion of conformity - Albatross

Corrosion of conformity – miałem ich kasetę i wylałem na nią piwo na imprezie we Wrzelowcu. Próbowałem czyścić, cuda robić, ale psińco z tego wyszło. Myślałem, że już nie usłyszę ich, ale Bóg wynalazł Internet. 
Gitarowa muzyka AD 2012 właściwie nie istnieje. Ale gdyby ktoś nagrał płytę zawierającą choć jedną setną tyle energii , jedną setną tyle melodii, jedną setną tyle mocy, jedną setną tyle przebojowości co płyta Deliverance, to obwieściłbym wielki powrót rocka. Nad ta płytą unosi się duch Black Sabbath, namacalnie. Ale ma w sobie ten duch sporo życia. Bo każdy kawałek jest bardzo przebojowy i luźny. Nie ma tam krztyny kunktatorstwa ani nadęcia, to żywa, porywająca muzyka, epatuje radością grania, emanuje z niej energia, ale i świetny luz. Jedna z najlepszych hard-rockowych płyt wszechczasów. 


Odsłona 36 - Fryzura Diabła

Koszyk Średni:

Beck – Devil's Haircut

Beck wg mnie jest artystą totalnym, idealnym, doskonałym. Jestem jego oddanym fanem od samych początków i akceptuję nawet najbardziej niezrozumiałe dla mnie kierunki, jakimi podążał ten facet. Każdy jego kawałek jest nie dość, że przemyślany, ciekawy, to jeszcze nieprzeciętnie atrakcyjny, jakiś świeży, jarający. Obojętnie, czy chwyta się za bluesowo brzmiące Nausea, czy kroczące, hiphopowe Hell Yes, czy napchane elektroniką Girl, czy Madchesterowskie Black Tambourine, czy jakieś neojazzowe Missing, czy osadzone w latach 70 tych Cellphone's Dead, czy też będzie to narkotyczne nicotine & gravy, czy też popowe the new pollution, czy folkowe Tropicalia, czy chore, awangardowe Where It's At, czy jest to zwyczajna gitarowa ballada Jack-ass, czy syntetyczna Get Real Paid, czy mocne rockowe E-Pro, psychodeliczne Beercan, czy kompletnie połamany Devil's Haircut. Twórczość Becka to paleta przeróżnych barw, przeróżnych styli, najróżniejszych nawet kompletnie odległych od siebie muzycznych światów. On potrafi nie tylko to scalić, ale robi to z niedostępną dla normalnych zjadaczy chleba lekkością i radością i autodystansem. Wszystko co on tworzy, jest na swój sposób oryginalne i zwariowane, ale jednocześnie często i przebojowe, przystępne. Dla mnie to Artysta przez największe A, jakie tylko jestem sobie w stanie wyobrazić. Gdy ktoś spytał się Go o styl jaki tworzy, odpowiedział, że tworzy styl zwany muzyką 





Koszyk Ciężki:

Sonic Youth - Bull In The Heather

O Sonicach mogę wypowiadać się właściwie tylko w superlatywach, tak inspirującej, bezkompromisowej, ale i oryginalnej formacji próżno dziś szukać. Mają patent na dobrą alternatywną muzykę, właściwie od pierwszych sekund można rozpoznać ich charakterystyczny, nieco zgrzytliwy, mocny, ale rozmazany styl. Rozmazany w sensie oniryczny i psychodeliczny. Ich muzyka, nawiedzona, trudna w odbiorze jest dowodem na to, że można grać ciężką muzykę i jednocześnie osiągnąć sukces. A przez cały czas nie przestają zaskakiwać, intrygować, niektórych i irytować. Czy będzie to hardcore’owe Drunken Butterfly, czy skoczny noise w Plastic Sun, czy utrzymane w stylistyce grunge Kool Hing, czy psychodeliczne do szaleństwa Snare, Girl, czy przebojowe rockowe Sugar Kane, czy też będzie to ciężki jak ołów Sudany, czy najeżone ścianą gitarowego hałasu 100%, czy będące inspiracją dla wielu noise’owych kapel Shadow Of A Doubt, czy pełne smutku Unmade Bed, czy mające w sobie coś z klimatu gitarowego 4AD Reena. Muzyka nie dla każdego, bywają płyty, że mam wrażenie, że dla nikogo. Ale niech ktoś mi powie, dlaczego mają status kultowy, dlaczego ich koncerty są zawsze kompletne, dlaczego ich tak cenimy. Nie tylko za żelazną konsekwencję, że są bezkompromisowi, nie tylko za to, że zainspirowali wszystkich odmieńców, nie tylko, że byli prekursorami noise rocka, nie tylko dlatego, że są tak niepowtarzalni. Kochamy ich, bo szanują słuchaczy. Bo po prostu są. 





Koszyk lekki:

Pale Saint - Kinky Love

To niezwykle oniryczna piosenka niezwykle niedocenionej kapeli. Mam wrażenie, że mogła osiągnąć znacznie większy sukces niż ten jaki stał się ich udziałem. Może być, że było to spowodowane faktem, że co rusz ktoś ich do kogoś porównywał, to do Cocteau Twins, to do Lush, to do Swervedriver, to do takiej, to do śmiakiej. Zarzucano im brak wyrazistości, brak swojego stylu, śmiem uważać, że to garść prawdy w tym jest, ale mi nigdy to nie przeszkadzało. Bardzo sobie cenię zarówno delikatne oblicze, jak i to bardziej mroczne gitarowe, każdy dźwięk jaki stworzyli – bardzo sobie cenię. A Kinky Love to po prostu magia w pełnej okazałości. 


poniedziałek, 16 stycznia 2012

Odsłona 35 - Jeśli to jest to .....



Koszyk Lekki

Huey Lewis & The News - If This Is It

Wiele fajny piosenek wylansowali ci Panowie. Mam do nich szacunek i jestem im wdzięczny za to co stworzyli, bo tak świeżego rock’n’rolla swego czasu nikt nie był w stanie stworzyć. Wszyscy troili się, by wymyślić jakieś formy, podbarwiali solówkami, dziwakami, pierdołami piosenki a tu okazało się, że kluczem do sukcesu, nie pierwszy raz zresztą, jest prostota i przebojowość. Oni nie silili się na jakieś wirtuozerie, tylko bawili się muzyką, śpiewali o emocjach, o zabawie, o życiu, a jednocześnie byli niepowtarzalnie autentyczni. Radość grania biła z każdej piosenki niezależnie od tego, czy była osadzona w blues-rocku czy też w zwykłym pop music. Charakterystyczny sposób śpiewania, kapitalne instrumenty klawiszowe, rewelacyjne melodie, zabawne teledyski – tego nikt im nie odbierze. Wielkich, niezapomnianych hitów.





Koszyk ciężki:

Dredg - Bug Eyes

Dredg to zjawisko, to jakaś niespotykana fatamorgana. Przyjemność przedzierania się przez ich fascynującą twórczość jest dla mnie niczym nie zastępowalna, wielokrotnie odkrywałem ich na nowo, nawet wtedy, gdy wydawało mi się, że już nic nie jest w stanie mnie w tej muzyce zaskoczyć. Odkrywam ją na nowo przy każdym odsłuchu. Czy to będzie przestrzenne, pełne liryzmu Bug Eses, czy kroczące mrokiem Sanzen, czy skoczne Not That Simple, czy pełne agresji Ode To The Sun, psychodeliczne Of The Room, czy narkotyczne i dziwne same ol' Road, czy niemalże tripopowe Sang Real, ostre i ciężkie Saviour, czy popowe Zebraskin. Każdy utwór jest niezwykły i inny. Każdy pomysł był inny, ale jednocześnie spójny. Lepiszczem tej muzyki jest niesamowity głos, jest klimat i jakieś trudne do jednoznacznego zdefiniowania piękno. Absolutnie konieczne jest przebrnięcie przez ich płyty, jeśli się lubi ambitną muzykę rockową. 





Koszyk średni:

Kings of Leon - Use Somebody

Ależ niełatwe były moje relacje z tą kapelą. Były momenty, że nie znosiłem ich nieco wtórnej muzyki, że irytowała mnie ich tendencja do autoplagiatu. Denerwowała mnie ich maniera śpiewania i grania. Przełomem było posłuchanie ich płyty. Okazało się, że to przepiękna muzyka pełna emocji i piękna. Use Somebody dziś z perspektywy czasu uznaję za absolutną rewelację, za arcydzieło muzyki rockowej, rzecz, której zazdrości każdy gitarowy zespół. Doskonała melodia, dojrzały tekst, piękna melodia, fantastyczny klimat, coś pięknego. Przepięknie zagrana, cudownie zaśpiewana. Oczywiście nie brakowało mielizn w ich twórczości, ale ten kto nie uniknął mielizn niech pierwszy rzuci kamień.