czwartek, 22 marca 2012

Odsłona 38 - Pijacka Logika

Koszyk średni:

Keane - Bend And Break

Zupełnie przypadkowo, bo w przeddzień wydania nowego krążka, maszyna losująca wskazała Brytyjczyków z Keane. Formacja dość nierówna i budząca przeróżne reakcje, czasem wpływająca na koszmarne mielizny i uciekająca się do oczywiście przeciętnych i wątpliwych artystycznie rozwiązań. Czasem ich muzyka budzi wrażenie, że muzycy powtarzają te same schematy w kółko i można odnieść wrażenie, że się jest robionym w balona. Czym tu się zachwycać? Bo ani wokalista nie jest mega fachowcem ani mega artystą, ani to nie jest jakaś specjalnie wyrafinowana muzyka, ani teksty, ani… Tylko tyle, że ja mam do nich słabość, zawsze ceniłem ich za przepiękne melodie, za świetnie brzmiące instrumentarium i za rozmach. Bend And Break jest taką wisienką na torcie – przepiękna piosenka, cudownie zaśpiewana, zagrana, coś czystego, coś nieuchwytnego, coś nie stworzenia przez statystycznego artysty-grajka. Takie małe arcydzieło. 





Koszyk lekki:

The Fat Lady Sings - Drunkard Logic

Jedna z najbardziej niedocenionych kapel popowych jakie znam, śmiem twierdzić, że mogliby osiągnąć coś na kształt sukcesu, gdyby tylko pokierował nimi ktoś sensowny z branży. Tyle tylko, że Irlandczycy nie grają specjalnie komercyjnej muzyki, ani nośnej, ani kontrowersyjnej, ani wykręconej. Taka grzeczna muzyka z pogranicza popu i rocka. Silnie osadzona w południu muzyki Amerykańskiej, mająca w sobie coś z klimatu Angielskiego pop-rocka z połowy lat 90 tych, ze świetnym wokalistą wyśpiewującym kapitalne, niezapomniane melodie, każda ich piosenka jest boska. Cóż przepadli – ale nie ma się czemu dziwić, ważne, że ja ją wyłuskałem z czeluści świata muzycznego. I tym się chełpię, bo to przepiękne piosenki. 









koszyk ciężki:

Toadies - Possum Kingdom

Possum Kingdom brzmiał swego czasu tak niesamowicie, ze można było drzeć z głowy włosy i pytać, jak oni to zrobili? Banalnym, wyświechtanym riffem z tzw. potknięciem; prościutkim, kroczącym rytmem i leniwym postgrungeo’wym sposobem śpiewania. Tyle tylko, że to było dopiero otwarcie, bo dalej czaił się mroczny, pełen lęku Tyler, gdzie gitary jęczą, piszczą, miałczą i wszystko zlewa się w jakiś przepiękny sos, dalej jest narkotyczny i pełen dziwnej, psychodelicznej energii Paper Dress, przypominający dokonania Pearl Jam, jest rock’n’rollowy I Come From The Water, słowem pełnokrwista muzyka rockowa. Oczywiście oczekujący niespotykanych aranżacji, niebotycznych melodii i wywalonych w kosmos przebojów, się srodze zawiedzie, bo to muzyka pełna paranoi, choroby, dziwna i w swej schizofrenii na swój sposób piękna. 



http://www.mycharts.pl/forumdisplay.php?fid=111 

wtorek, 6 marca 2012

Odsłona 37: Sąsiedztwo

Koszyk Średni:


Arcade Fire - Neighborhood #3 (Power Out)


To od początku było niesamowite zjawisko. Jakieś nieuchwytne dla poszukiwacza szufladek i nie do zniesienia dla miłośnika spójnej estetyki. Oczywiście na trzeciej płycie to wszystko stało się mocno wyszlifowane i spójne, ale straciła na tym wszystkim spontaniczność, z jaką obcowaliśmy na debiucie. Taka spontaniczność była znakiem rozpoznawczym Talking Heads i w pierwszych momentach miałem wrażenie, że Arcade Fire są spadkobiercami talentu Byrne’a w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Arcade Fire kapitalnie odnajdują się w folk-rockowych klimatach (Wake Up), doskonale rzeźbią w masie zimnofalowego klocka z lodu (Black Mirror), cudownie łkają na modłę postpopu spod znaku Modest Mouse (Neighborhood #2 (Laika)). To bardzo solidna kapela, która mimo przebojowość stawiała na dalszej pozycji, dla niej podstawą tworzenia był klimat, dobry tekst, jakaś elegancja. Ja zawsze wolałem bardziej wykoślawione oblicze – nieco ironicznie podniosłe Rococo, rock’n’rllowe Month Of May, czy mające w sobie coś z klimatu wspomnianych Modest Mouse Neighborhood #3. I choćby z powodu nadmiaru elegancji całokształt twórczości AF odbieram jako lekkie rozczarowanie. 









koszyk Lekki:


Gorillaz – Doncamatic (All Played Out)


Gorillaz to formacja niezwykła, niezwykłość jest w stanie potwierdzić każdy człowiek na tym globie. Bo jaką kapelą może być ekipa skrzyknięta przez Damona Albarna? Gorillaz w sposób kompletnie nonszalancki, zwariowany łączy w spójną papkę totalnie odległe od siebie światy. Na jednej płycie spotyka się grupa muzyków hiphopowych, soulowych, metalowych, folkowych jako maskotki w teledyskach tworzą w tym garncu zupełnie niesamowity miszmasz, mający cechy spójności. W to wszystko wlewa się seria zwariowanych pomysłów aranżacyjnych i wykonawczych made by Albarn. Każda piosenka zaśpiewana, zagrana, wykonana jest z myślą, z pasją, z niespotykaną radością. Na najlepszy kawałek wybrałem ku zaskoczeniu wielu piosenkę nietypową dla nich. Zaśpiewana przez Daley’a – popowego wokalistę, o słodkiej i nieco dla wielu pretensjonalnej w gruncie rzeczy barwie głosu. Towarzyszy tej piosence niesamowicie udany obraz, kapitalny podróż podwodna do plastykowej wyspy. To jest dowód na to, że dla Damona nie ma rzeczy niemożliwych. Doskonały pop wyzuty z jakichkolwiek barier i konwenansów – świadectwo, że są na świecie ludzie nie bojący się prawdziwych wyzwań. Oczywiście kocham wiele innych piosenek Gorillaz, ale Doncamatic jest dla mnie zaskoczeniem każdego dnia. 






Koszyk ciężki:


Saliva - After Me


Saliva właściwie istniała tylko na debiucie, kompletnie wyjebistym rockowym łojeniu, skocznym, rześkim i porywającym. Cała płytka najeżona była świetnymi melodiami, niebanalnymi zabiegami aranżacyjnymi, aż zimno robi się od brawurowej rock,n,rollowej zabawy na pograniczu kiczu i całusa w pośladki. Click Click Boom – bodaj największy hit z tego krążka ma w sobie coś z zadymy, Your Disease – to jakieś wkurwienie, właściwie każda piosenka to wymierzony w zły świat środkowy palec. Ja wybrałem After Me – zupełnie z innej bajki, bliżej im tutaj do stylistyki Flaw czyli melodyjnego, pełnego zadumy i jakiejś refleksji protest songu. Tam emocje są artykułowane inaczej, środkiem wyrazu jest niepokój i konsternacja. Generalnie Saliva jako całokształt to kompletnie beznadziejna kapela, grająca sztampę, ale powalającego debiutu nikt im nie odbierze.







wtorek, 31 stycznia 2012

Odsłona 37: Ból w każdym języku

Koszyk Średni:

On - if i get to feel you

Taki dziwaczny eksperyment Kena Andrewsa z Failure, Year of the Rabbit, Replicants i Bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze, okazał się rewelacją. Nikt nie przypuszczał, że Shifting Skin – jedyny krążek formacji On, będzie tak niesamowitym zjawiskiem. Na czym polega fenomen On i o czym ten dziobas tak nawija, skoro nikt właściwie nie wie o co chodzi? Failure – klasyka nurtu zwanego space rockiem, okraszona przebojową psychodelią, została tu pięknie spleciona z elektroniką, doprawiona rytmicznym i skocznym drivem tu i ówdzie sympatycznym riffem, każda piosenka ma coś innego w sobie, co przykuwa uwagę. Płyta właściwie kompletnie niezauważona, a potencjał komercyjny ma ogromny. Miała. Bo dziś to już historia. Cała płyta – monolit. Koniecznie – nie tylko dla fanów space rocka. 





Koszyk Lekki:

Apollo 440 - pain in any language

Czy to koszyk lekki? Nie wiem. Apollo kojarzy się właściwie z muzyką taneczną. I tu muszę trzy grosze wrzucić. Opowiem ciekawą anegdotę. Pracując w wakacje w okresie szkoły średniej strasznie napaliłem się na kawałek Raw Power, doskonały kawałek taneczny z ambicjami. Ale nie doczytałem, że to bonus track, tylko na CD. Pracując w malutkiej foremce budowlanej w Rybniku, natrafiłem na dziwny dzień, gdzie część ludzi miało wyraźne apetyty na piwo, a ja jako ten najmłodszy skoczyłem. Po drodze minąłem sklep muzyczny Totu na Placu Wolności, kupiłem kasetę. Posłuchałem ją w magneciaku przy kolegach tynkarzach, malarzach etc. Nie było skali złości, w jakiej można było zmierzyć złość, gdy skonstatowałem, że nie ma na tej kasecie Raw Power. Ale słuchałem, słuchałem, słuchałem i okazało się, że mam do czynienia z rzeczą wybitną. Doskonałą. Wybitną. Cała płyta kolorowa i pełna dramaturgii i wielu barw, zawiera To. Pain in any language – to rzecz epokowa. Rzecz, jakiej nie powstydzili by się najwięksi tego świata. Ma w sobie coś z klimatu Dead can dance. Pikanterii dodaje fakt, że w tej piosence śpiewa człowiek, któremu dzień wcześniej przyjaciel popełnił samobójstwo. Billy śpiewa całym sobą. Duszą. Wszystko na tej płycie wydaje się być przemyślane i konsekwentne, od początku do końca. Płyta eksperymentalna, wymykająca się łatwym klasyfikacjom, każdy kawałek jest z innej bajki a jednocześnie krążek jest niebywale spójny. Czy weźmiemy nieodżałowane dubowe Raw Power, czy niesamowite narastające nagranie tytułowe mające w sobie coś ze Stereo MC’s, czy jazzujące Kruppa, czy karkołomna interpretacja hitu Ediego Van Halena, Ain't Talkin' 'Bout Dub czy kompletnie powalająca Altamont Super-Highway Revisited – rockowa, ale jednocześnie elektroniczna z powalającym pochodem basowym, czy narkotyczny, nieco chilloutowy Vanishing Point. Silną pozycją jest też kompletnie nie dający się zaszufladkować White Man's Throat, no i bluesowo brzmiący Tears of the gods. Electro glide in blue jest krążkiem najbardziej udanym w dyskografii Apollo 440. Ambient, house, drumnbass, jazz, blues, hip hop – to wszystko można tu znaleźć. Bez wątpienia krążek, który nieźle „nabroił” w ówczesnym elektronicznym światku. Wielka rzecz. Bez cienia wątpliwości. 





Koszyk Ciężki:

corrosion of conformity - Albatross

Corrosion of conformity – miałem ich kasetę i wylałem na nią piwo na imprezie we Wrzelowcu. Próbowałem czyścić, cuda robić, ale psińco z tego wyszło. Myślałem, że już nie usłyszę ich, ale Bóg wynalazł Internet. 
Gitarowa muzyka AD 2012 właściwie nie istnieje. Ale gdyby ktoś nagrał płytę zawierającą choć jedną setną tyle energii , jedną setną tyle melodii, jedną setną tyle mocy, jedną setną tyle przebojowości co płyta Deliverance, to obwieściłbym wielki powrót rocka. Nad ta płytą unosi się duch Black Sabbath, namacalnie. Ale ma w sobie ten duch sporo życia. Bo każdy kawałek jest bardzo przebojowy i luźny. Nie ma tam krztyny kunktatorstwa ani nadęcia, to żywa, porywająca muzyka, epatuje radością grania, emanuje z niej energia, ale i świetny luz. Jedna z najlepszych hard-rockowych płyt wszechczasów. 


Odsłona 36 - Fryzura Diabła

Koszyk Średni:

Beck – Devil's Haircut

Beck wg mnie jest artystą totalnym, idealnym, doskonałym. Jestem jego oddanym fanem od samych początków i akceptuję nawet najbardziej niezrozumiałe dla mnie kierunki, jakimi podążał ten facet. Każdy jego kawałek jest nie dość, że przemyślany, ciekawy, to jeszcze nieprzeciętnie atrakcyjny, jakiś świeży, jarający. Obojętnie, czy chwyta się za bluesowo brzmiące Nausea, czy kroczące, hiphopowe Hell Yes, czy napchane elektroniką Girl, czy Madchesterowskie Black Tambourine, czy jakieś neojazzowe Missing, czy osadzone w latach 70 tych Cellphone's Dead, czy też będzie to narkotyczne nicotine & gravy, czy też popowe the new pollution, czy folkowe Tropicalia, czy chore, awangardowe Where It's At, czy jest to zwyczajna gitarowa ballada Jack-ass, czy syntetyczna Get Real Paid, czy mocne rockowe E-Pro, psychodeliczne Beercan, czy kompletnie połamany Devil's Haircut. Twórczość Becka to paleta przeróżnych barw, przeróżnych styli, najróżniejszych nawet kompletnie odległych od siebie muzycznych światów. On potrafi nie tylko to scalić, ale robi to z niedostępną dla normalnych zjadaczy chleba lekkością i radością i autodystansem. Wszystko co on tworzy, jest na swój sposób oryginalne i zwariowane, ale jednocześnie często i przebojowe, przystępne. Dla mnie to Artysta przez największe A, jakie tylko jestem sobie w stanie wyobrazić. Gdy ktoś spytał się Go o styl jaki tworzy, odpowiedział, że tworzy styl zwany muzyką 





Koszyk Ciężki:

Sonic Youth - Bull In The Heather

O Sonicach mogę wypowiadać się właściwie tylko w superlatywach, tak inspirującej, bezkompromisowej, ale i oryginalnej formacji próżno dziś szukać. Mają patent na dobrą alternatywną muzykę, właściwie od pierwszych sekund można rozpoznać ich charakterystyczny, nieco zgrzytliwy, mocny, ale rozmazany styl. Rozmazany w sensie oniryczny i psychodeliczny. Ich muzyka, nawiedzona, trudna w odbiorze jest dowodem na to, że można grać ciężką muzykę i jednocześnie osiągnąć sukces. A przez cały czas nie przestają zaskakiwać, intrygować, niektórych i irytować. Czy będzie to hardcore’owe Drunken Butterfly, czy skoczny noise w Plastic Sun, czy utrzymane w stylistyce grunge Kool Hing, czy psychodeliczne do szaleństwa Snare, Girl, czy przebojowe rockowe Sugar Kane, czy też będzie to ciężki jak ołów Sudany, czy najeżone ścianą gitarowego hałasu 100%, czy będące inspiracją dla wielu noise’owych kapel Shadow Of A Doubt, czy pełne smutku Unmade Bed, czy mające w sobie coś z klimatu gitarowego 4AD Reena. Muzyka nie dla każdego, bywają płyty, że mam wrażenie, że dla nikogo. Ale niech ktoś mi powie, dlaczego mają status kultowy, dlaczego ich koncerty są zawsze kompletne, dlaczego ich tak cenimy. Nie tylko za żelazną konsekwencję, że są bezkompromisowi, nie tylko za to, że zainspirowali wszystkich odmieńców, nie tylko, że byli prekursorami noise rocka, nie tylko dlatego, że są tak niepowtarzalni. Kochamy ich, bo szanują słuchaczy. Bo po prostu są. 





Koszyk lekki:

Pale Saint - Kinky Love

To niezwykle oniryczna piosenka niezwykle niedocenionej kapeli. Mam wrażenie, że mogła osiągnąć znacznie większy sukces niż ten jaki stał się ich udziałem. Może być, że było to spowodowane faktem, że co rusz ktoś ich do kogoś porównywał, to do Cocteau Twins, to do Lush, to do Swervedriver, to do takiej, to do śmiakiej. Zarzucano im brak wyrazistości, brak swojego stylu, śmiem uważać, że to garść prawdy w tym jest, ale mi nigdy to nie przeszkadzało. Bardzo sobie cenię zarówno delikatne oblicze, jak i to bardziej mroczne gitarowe, każdy dźwięk jaki stworzyli – bardzo sobie cenię. A Kinky Love to po prostu magia w pełnej okazałości. 


poniedziałek, 16 stycznia 2012

Odsłona 35 - Jeśli to jest to .....



Koszyk Lekki

Huey Lewis & The News - If This Is It

Wiele fajny piosenek wylansowali ci Panowie. Mam do nich szacunek i jestem im wdzięczny za to co stworzyli, bo tak świeżego rock’n’rolla swego czasu nikt nie był w stanie stworzyć. Wszyscy troili się, by wymyślić jakieś formy, podbarwiali solówkami, dziwakami, pierdołami piosenki a tu okazało się, że kluczem do sukcesu, nie pierwszy raz zresztą, jest prostota i przebojowość. Oni nie silili się na jakieś wirtuozerie, tylko bawili się muzyką, śpiewali o emocjach, o zabawie, o życiu, a jednocześnie byli niepowtarzalnie autentyczni. Radość grania biła z każdej piosenki niezależnie od tego, czy była osadzona w blues-rocku czy też w zwykłym pop music. Charakterystyczny sposób śpiewania, kapitalne instrumenty klawiszowe, rewelacyjne melodie, zabawne teledyski – tego nikt im nie odbierze. Wielkich, niezapomnianych hitów.





Koszyk ciężki:

Dredg - Bug Eyes

Dredg to zjawisko, to jakaś niespotykana fatamorgana. Przyjemność przedzierania się przez ich fascynującą twórczość jest dla mnie niczym nie zastępowalna, wielokrotnie odkrywałem ich na nowo, nawet wtedy, gdy wydawało mi się, że już nic nie jest w stanie mnie w tej muzyce zaskoczyć. Odkrywam ją na nowo przy każdym odsłuchu. Czy to będzie przestrzenne, pełne liryzmu Bug Eses, czy kroczące mrokiem Sanzen, czy skoczne Not That Simple, czy pełne agresji Ode To The Sun, psychodeliczne Of The Room, czy narkotyczne i dziwne same ol' Road, czy niemalże tripopowe Sang Real, ostre i ciężkie Saviour, czy popowe Zebraskin. Każdy utwór jest niezwykły i inny. Każdy pomysł był inny, ale jednocześnie spójny. Lepiszczem tej muzyki jest niesamowity głos, jest klimat i jakieś trudne do jednoznacznego zdefiniowania piękno. Absolutnie konieczne jest przebrnięcie przez ich płyty, jeśli się lubi ambitną muzykę rockową. 





Koszyk średni:

Kings of Leon - Use Somebody

Ależ niełatwe były moje relacje z tą kapelą. Były momenty, że nie znosiłem ich nieco wtórnej muzyki, że irytowała mnie ich tendencja do autoplagiatu. Denerwowała mnie ich maniera śpiewania i grania. Przełomem było posłuchanie ich płyty. Okazało się, że to przepiękna muzyka pełna emocji i piękna. Use Somebody dziś z perspektywy czasu uznaję za absolutną rewelację, za arcydzieło muzyki rockowej, rzecz, której zazdrości każdy gitarowy zespół. Doskonała melodia, dojrzały tekst, piękna melodia, fantastyczny klimat, coś pięknego. Przepięknie zagrana, cudownie zaśpiewana. Oczywiście nie brakowało mielizn w ich twórczości, ale ten kto nie uniknął mielizn niech pierwszy rzuci kamień. 



wtorek, 13 grudnia 2011

Odsłona 34 - Suwenir

Koszyk Ciężki:

Idiot Pilot - A Day in the Life of a Poolshark

Debiut tej formacji był w moim światku ogromnym wydarzeniem, tak świeżej i porywającej muzyki w tym okresie nikt nie grał. Dosłownie. Dziennikarze nazwali ich nowym Radiohead. I faktycznie słuchając płyty Strange We Should Meet Here można było odnieść takie wrażenie, choć to raczej Radiohead na amfetaminie, chory i wykręcony muzycznie, na pewno ostrzejszy i z naleciałościami hardcore’a, noise’u, jakieś choroby psychicznej. Każda piosenka najeżona jest niezwykle charakterystycznym piętnem aranżacyjnym, każda obowiązkowo zakręcona. Są oczywiście piosenki wybitne, bardzo przypominające to co się działo na Kid A (A Light At The End Of The Tunel), są niesamowite czady (Spark Plug), jest wielki przebój To Buy A Gun, jest kapitalny Hybrid Moments. A Day in the Life of a Poolshark - kwint esencja ich stylu. Cóż, jakie są losy Idiot Pilot? Każdy wie. Przepadli. Jestem z tego powody wściekły, bo debiutancka płyta była naprawdę niesamowitym artystycznym wydarzeniem i nadzieją na lepsze jutro. Może będzie jeszcze ktoś, kto sięgnie po ten krążek. Ja na pewno. Zwróćcie uwagę na teledysk, w którym muzycy biją się i nie jest to raczej subtelna potyczka.





Koszyk Średni:

The Boo Radleys - Ride the Tiger

Kolejna zupełnie niedoceniona formacja, nawet w ich ojczyźnie. To niesamowicie udana muzyka, będąca mieszanką tego, co na Wyspach najlepsze i najbardziej lubiane. Beatlesowska melodyka i harmonie wokalne, beatlesowska psychodelia, sposób grania i podejścia do instrumentarium. To już było – rzeknie maluczki. Oczywiście, ale z tak niepowtarzalnym wdziękiem i niepodrabialnym klimatem nikt nie tworzył. Ich piosenki, nawet te niezwykle przebojowe lubiły wymykać się spod kontroli i zaczynały żyć własnym życiem. Ride the Tiger jest najbardziej typowym ich kawałkiem, ni to gitarowa zabawa, typu Oasis (które powstało znacznie później), niby przypominające trochę Stone Roses bujanie rockowe, zaczyna się w pewnym momencie przeistaczać w kompletne psychodeliczne wariactwo. Takich niesamowitych pereł namnożyli sporo na niesamowitej płycie Giant Steps. No i oni stworzyli najlepszą pobudkę w historii muzyki – czyli Wake up! Niedocenieni, a przecież nikomu w niczym nie ustępowali, cóż – takie życie.





Koszyk lekki:


Orchestral Manoeuvres in the Dark – Souvenir


To niezwykła formacja, niezwykła nie dlatego, że tworzy jakąś wybitną muzykę, ale niezwykła w swej zwykłości. Pamiętam mój pierwszy kontakt z Souvenir i całą płytą Architecture & Moralisty – po prostu padłem na kolana. Trzymałem się za głowę i nie dowierzałem. OMD przeszli wtedy do panteonu współtwórców nurtu New romantic. Ich miejsce jest tam w pełni zasłużone, bo to cudowna, piękna muzyka. Pełna magii i ciepła. Nie mam umiejętności, by w pełni oddać istotę tego piękna. Takie zwyczajne i takie niezwykłe. Orchestral Manoeuvres in the Dark dali się poznać także jako twórcy bardziej konwencjonalnej muzyki, która nie dostarcza już takich uniesień artystycznych, ale ma w sobie sporo wdzięku i właściwie po dziś dzień są w wysokiej formie. New Babies: New Toys właściwie niczym, nie ustępuje klasycznym hitom, a ma w sobie świetny sznyt produkcyjny. Oczywiście, to już nie to co Souvenir, czy Joan Of Arc. Ale cieszy bardzo i bardzo pięknie płynie. Kanon muzyki pop.




http://www.mycharts.pl/forumdisplay.php?fid=111

czwartek, 1 grudnia 2011

Odsłona 33: Tuzin powodów


Koszyk Lekki:

Level 42 - Lessons In Love

Jeden z najpotężniejszych szlagierów mojej wczesnej młodości. Pop idealny. Wszystko tu jest niezwykłe, cudowna melodia, niedzisiejsza lekkość, bezpretensjonalność, przestrzeń, aranżacje. Oczywiście to pop skrojony na listy przebojów, ale ileż w tym elegancji, polotu, piękna, słodyczy. Niespotykany w tamtym czasie kapitalny teledysk. Co ważne, Level 42 okazał się wyrazistą formacją o własnej twarzy, która przez wiele lat dostarczała wiele wspaniałych, niemniej udanych hitów, trzymając wysoki poziom. Co ciekawe mieli ciągoty do funku spod znaku The Steely Dan, do pop-rocka a’la Toto, do soulu. Zawsze trzonem ich muzyki była piękna melodia, rytm i świetna aranżacja, elegancja. Nie potrzebowali uciekać się do wątpliwych artystycznie mariażów z gwiazdkami disco, nie słabili tandetnym rytmem jak niektóre zespoły mają w zwyczaju. Dziś już tak się nie śpiewa, nie gra, nie tworzy. Nie jest się w stanie. 





Koszyk Średni

My life story - 12 reasons why i love Her 

To była niesamowita efemeryda, która przeleciała przez moje małżowiny i zniknęła. Przesympatyzna piosenka, która zawładnęła mną swego czasu mocno. Rozbudowany aranżacyjnie, dostojnie zagrany i pełen rozmachu song o miłości. Ten facet ma niesamowite możliwości wokalne, coś pomiędzy wokalistą Frankie goes to Hollywood a Nikiem Heywardem. Muzycznie to klasyczny britpop coś pomiędzy Super Furry Animals a The Supernaturals. Miałem kasetę kiedyś i katowałem się, gdy humor mi się popsuł. Bo po przesłuchaniu – od razu się poprawiał. Taki hydraulik mojego samopoczucia. 





Koszyk Ciężki

Stone Temple Pilots - Trippin' On A Hole In A Paper Heart

Scott Weiland przeżył sporo, bo niby dlaczego nie mógł? Pokusy czyhające na rock’n’rollowca to naprawdę ciężka walka. Scott jest tak barwną osobowością i tak niesamowitym muzykiem, że nie potrafię mówić o nim inaczej jak tylko w superlatywach. Nie dość, że jego rodzima formacja tworzyła masę niesamowitych piosenek, nie dość, że Scott udzielał się w wielu pobocznych projektach, współtworzył supergrupy, to jeszcze dysponuje niebywałą charyzmą. Jest też człowiekiem, który cierpi, który wpadł w sidła narkotykowego nałogu mający na koncie wielu ludzi, nie tylko artystów. Czym jest Stone Temple Pilots? Na początku wdawało się, że będzie klonem Nirvany, podobne emocje, czas i sposób tworzenia. To był cholernie niesprawiedliwy osąd i krzywdzący. Ale szybko okazało się, że Welland i spółka mają dużo więcej do zaoferowania, potrafią tworzyć piękne ballady, psychodeliczne odjazdy muzyczne, hardrockowe jazdy. Moja ulubiona płyta Tiny Music...Songs From The Vatican Gift Shop – jest właściwie tak narkotyczna, że aż wierzyć się nie chce. Tak cudowna i tak świeża. A Trippin' On A Hole – to jeden z ostatnich kawałków, w których solo gitarowe ma sens.