Koszyk Średni:
Beck – Devil's Haircut
Beck wg mnie jest artystą totalnym, idealnym, doskonałym. Jestem jego oddanym fanem od samych początków i akceptuję nawet najbardziej niezrozumiałe dla mnie kierunki, jakimi podążał ten facet. Każdy jego kawałek jest nie dość, że przemyślany, ciekawy, to jeszcze nieprzeciętnie atrakcyjny, jakiś świeży, jarający. Obojętnie, czy chwyta się za bluesowo brzmiące Nausea, czy kroczące, hiphopowe Hell Yes, czy napchane elektroniką Girl, czy Madchesterowskie Black Tambourine, czy jakieś neojazzowe Missing, czy osadzone w latach 70 tych Cellphone's Dead, czy też będzie to narkotyczne nicotine & gravy, czy też popowe the new pollution, czy folkowe Tropicalia, czy chore, awangardowe Where It's At, czy jest to zwyczajna gitarowa ballada Jack-ass, czy syntetyczna Get Real Paid, czy mocne rockowe E-Pro, psychodeliczne Beercan, czy kompletnie połamany Devil's Haircut. Twórczość Becka to paleta przeróżnych barw, przeróżnych styli, najróżniejszych nawet kompletnie odległych od siebie muzycznych światów. On potrafi nie tylko to scalić, ale robi to z niedostępną dla normalnych zjadaczy chleba lekkością i radością i autodystansem. Wszystko co on tworzy, jest na swój sposób oryginalne i zwariowane, ale jednocześnie często i przebojowe, przystępne. Dla mnie to Artysta przez największe A, jakie tylko jestem sobie w stanie wyobrazić. Gdy ktoś spytał się Go o styl jaki tworzy, odpowiedział, że tworzy styl zwany muzyką
Koszyk Ciężki:
Sonic Youth - Bull In The Heather
O Sonicach mogę wypowiadać się właściwie tylko w superlatywach, tak inspirującej, bezkompromisowej, ale i oryginalnej formacji próżno dziś szukać. Mają patent na dobrą alternatywną muzykę, właściwie od pierwszych sekund można rozpoznać ich charakterystyczny, nieco zgrzytliwy, mocny, ale rozmazany styl. Rozmazany w sensie oniryczny i psychodeliczny. Ich muzyka, nawiedzona, trudna w odbiorze jest dowodem na to, że można grać ciężką muzykę i jednocześnie osiągnąć sukces. A przez cały czas nie przestają zaskakiwać, intrygować, niektórych i irytować. Czy będzie to hardcore’owe Drunken Butterfly, czy skoczny noise w Plastic Sun, czy utrzymane w stylistyce grunge Kool Hing, czy psychodeliczne do szaleństwa Snare, Girl, czy przebojowe rockowe Sugar Kane, czy też będzie to ciężki jak ołów Sudany, czy najeżone ścianą gitarowego hałasu 100%, czy będące inspiracją dla wielu noise’owych kapel Shadow Of A Doubt, czy pełne smutku Unmade Bed, czy mające w sobie coś z klimatu gitarowego 4AD Reena. Muzyka nie dla każdego, bywają płyty, że mam wrażenie, że dla nikogo. Ale niech ktoś mi powie, dlaczego mają status kultowy, dlaczego ich koncerty są zawsze kompletne, dlaczego ich tak cenimy. Nie tylko za żelazną konsekwencję, że są bezkompromisowi, nie tylko za to, że zainspirowali wszystkich odmieńców, nie tylko, że byli prekursorami noise rocka, nie tylko dlatego, że są tak niepowtarzalni. Kochamy ich, bo szanują słuchaczy. Bo po prostu są.
Koszyk lekki:
Pale Saint - Kinky Love
To niezwykle oniryczna piosenka niezwykle niedocenionej kapeli. Mam wrażenie, że mogła osiągnąć znacznie większy sukces niż ten jaki stał się ich udziałem. Może być, że było to spowodowane faktem, że co rusz ktoś ich do kogoś porównywał, to do Cocteau Twins, to do Lush, to do Swervedriver, to do takiej, to do śmiakiej. Zarzucano im brak wyrazistości, brak swojego stylu, śmiem uważać, że to garść prawdy w tym jest, ale mi nigdy to nie przeszkadzało. Bardzo sobie cenię zarówno delikatne oblicze, jak i to bardziej mroczne gitarowe, każdy dźwięk jaki stworzyli – bardzo sobie cenię. A Kinky Love to po prostu magia w pełnej okazałości.
wtorek, 31 stycznia 2012
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Odsłona 35 - Jeśli to jest to .....
Koszyk Lekki
Huey Lewis & The News - If This Is It
Wiele fajny piosenek wylansowali ci Panowie. Mam do nich szacunek i jestem im wdzięczny za to co stworzyli, bo tak świeżego rock’n’rolla swego czasu nikt nie był w stanie stworzyć. Wszyscy troili się, by wymyślić jakieś formy, podbarwiali solówkami, dziwakami, pierdołami piosenki a tu okazało się, że kluczem do sukcesu, nie pierwszy raz zresztą, jest prostota i przebojowość. Oni nie silili się na jakieś wirtuozerie, tylko bawili się muzyką, śpiewali o emocjach, o zabawie, o życiu, a jednocześnie byli niepowtarzalnie autentyczni. Radość grania biła z każdej piosenki niezależnie od tego, czy była osadzona w blues-rocku czy też w zwykłym pop music. Charakterystyczny sposób śpiewania, kapitalne instrumenty klawiszowe, rewelacyjne melodie, zabawne teledyski – tego nikt im nie odbierze. Wielkich, niezapomnianych hitów.
Koszyk ciężki:
Dredg - Bug Eyes
Dredg to zjawisko, to jakaś niespotykana fatamorgana. Przyjemność przedzierania się przez ich fascynującą twórczość jest dla mnie niczym nie zastępowalna, wielokrotnie odkrywałem ich na nowo, nawet wtedy, gdy wydawało mi się, że już nic nie jest w stanie mnie w tej muzyce zaskoczyć. Odkrywam ją na nowo przy każdym odsłuchu. Czy to będzie przestrzenne, pełne liryzmu Bug Eses, czy kroczące mrokiem Sanzen, czy skoczne Not That Simple, czy pełne agresji Ode To The Sun, psychodeliczne Of The Room, czy narkotyczne i dziwne same ol' Road, czy niemalże tripopowe Sang Real, ostre i ciężkie Saviour, czy popowe Zebraskin. Każdy utwór jest niezwykły i inny. Każdy pomysł był inny, ale jednocześnie spójny. Lepiszczem tej muzyki jest niesamowity głos, jest klimat i jakieś trudne do jednoznacznego zdefiniowania piękno. Absolutnie konieczne jest przebrnięcie przez ich płyty, jeśli się lubi ambitną muzykę rockową.
Koszyk średni:
Kings of Leon - Use Somebody
Ależ niełatwe były moje relacje z tą kapelą. Były momenty, że nie znosiłem ich nieco wtórnej muzyki, że irytowała mnie ich tendencja do autoplagiatu. Denerwowała mnie ich maniera śpiewania i grania. Przełomem było posłuchanie ich płyty. Okazało się, że to przepiękna muzyka pełna emocji i piękna. Use Somebody dziś z perspektywy czasu uznaję za absolutną rewelację, za arcydzieło muzyki rockowej, rzecz, której zazdrości każdy gitarowy zespół. Doskonała melodia, dojrzały tekst, piękna melodia, fantastyczny klimat, coś pięknego. Przepięknie zagrana, cudownie zaśpiewana. Oczywiście nie brakowało mielizn w ich twórczości, ale ten kto nie uniknął mielizn niech pierwszy rzuci kamień.
wtorek, 13 grudnia 2011
Odsłona 34 - Suwenir
Koszyk Ciężki:
Idiot Pilot - A Day in the Life of a Poolshark
Debiut tej formacji był w moim światku ogromnym wydarzeniem, tak świeżej i porywającej muzyki w tym okresie nikt nie grał. Dosłownie. Dziennikarze nazwali ich nowym Radiohead. I faktycznie słuchając płyty Strange We Should Meet Here można było odnieść takie wrażenie, choć to raczej Radiohead na amfetaminie, chory i wykręcony muzycznie, na pewno ostrzejszy i z naleciałościami hardcore’a, noise’u, jakieś choroby psychicznej. Każda piosenka najeżona jest niezwykle charakterystycznym piętnem aranżacyjnym, każda obowiązkowo zakręcona. Są oczywiście piosenki wybitne, bardzo przypominające to co się działo na Kid A (A Light At The End Of The Tunel), są niesamowite czady (Spark Plug), jest wielki przebój To Buy A Gun, jest kapitalny Hybrid Moments. A Day in the Life of a Poolshark - kwint esencja ich stylu. Cóż, jakie są losy Idiot Pilot? Każdy wie. Przepadli. Jestem z tego powody wściekły, bo debiutancka płyta była naprawdę niesamowitym artystycznym wydarzeniem i nadzieją na lepsze jutro. Może będzie jeszcze ktoś, kto sięgnie po ten krążek. Ja na pewno. Zwróćcie uwagę na teledysk, w którym muzycy biją się i nie jest to raczej subtelna potyczka.
Koszyk Średni:
The Boo Radleys - Ride the Tiger
Kolejna zupełnie niedoceniona formacja, nawet w ich ojczyźnie. To niesamowicie udana muzyka, będąca mieszanką tego, co na Wyspach najlepsze i najbardziej lubiane. Beatlesowska melodyka i harmonie wokalne, beatlesowska psychodelia, sposób grania i podejścia do instrumentarium. To już było – rzeknie maluczki. Oczywiście, ale z tak niepowtarzalnym wdziękiem i niepodrabialnym klimatem nikt nie tworzył. Ich piosenki, nawet te niezwykle przebojowe lubiły wymykać się spod kontroli i zaczynały żyć własnym życiem. Ride the Tiger jest najbardziej typowym ich kawałkiem, ni to gitarowa zabawa, typu Oasis (które powstało znacznie później), niby przypominające trochę Stone Roses bujanie rockowe, zaczyna się w pewnym momencie przeistaczać w kompletne psychodeliczne wariactwo. Takich niesamowitych pereł namnożyli sporo na niesamowitej płycie Giant Steps. No i oni stworzyli najlepszą pobudkę w historii muzyki – czyli Wake up! Niedocenieni, a przecież nikomu w niczym nie ustępowali, cóż – takie życie.
Koszyk lekki:
Orchestral Manoeuvres in the Dark – Souvenir
To niezwykła formacja, niezwykła nie dlatego, że tworzy jakąś wybitną muzykę, ale niezwykła w swej zwykłości. Pamiętam mój pierwszy kontakt z Souvenir i całą płytą Architecture & Moralisty – po prostu padłem na kolana. Trzymałem się za głowę i nie dowierzałem. OMD przeszli wtedy do panteonu współtwórców nurtu New romantic. Ich miejsce jest tam w pełni zasłużone, bo to cudowna, piękna muzyka. Pełna magii i ciepła. Nie mam umiejętności, by w pełni oddać istotę tego piękna. Takie zwyczajne i takie niezwykłe. Orchestral Manoeuvres in the Dark dali się poznać także jako twórcy bardziej konwencjonalnej muzyki, która nie dostarcza już takich uniesień artystycznych, ale ma w sobie sporo wdzięku i właściwie po dziś dzień są w wysokiej formie. New Babies: New Toys właściwie niczym, nie ustępuje klasycznym hitom, a ma w sobie świetny sznyt produkcyjny. Oczywiście, to już nie to co Souvenir, czy Joan Of Arc. Ale cieszy bardzo i bardzo pięknie płynie. Kanon muzyki pop.
Idiot Pilot - A Day in the Life of a Poolshark
Debiut tej formacji był w moim światku ogromnym wydarzeniem, tak świeżej i porywającej muzyki w tym okresie nikt nie grał. Dosłownie. Dziennikarze nazwali ich nowym Radiohead. I faktycznie słuchając płyty Strange We Should Meet Here można było odnieść takie wrażenie, choć to raczej Radiohead na amfetaminie, chory i wykręcony muzycznie, na pewno ostrzejszy i z naleciałościami hardcore’a, noise’u, jakieś choroby psychicznej. Każda piosenka najeżona jest niezwykle charakterystycznym piętnem aranżacyjnym, każda obowiązkowo zakręcona. Są oczywiście piosenki wybitne, bardzo przypominające to co się działo na Kid A (A Light At The End Of The Tunel), są niesamowite czady (Spark Plug), jest wielki przebój To Buy A Gun, jest kapitalny Hybrid Moments. A Day in the Life of a Poolshark - kwint esencja ich stylu. Cóż, jakie są losy Idiot Pilot? Każdy wie. Przepadli. Jestem z tego powody wściekły, bo debiutancka płyta była naprawdę niesamowitym artystycznym wydarzeniem i nadzieją na lepsze jutro. Może będzie jeszcze ktoś, kto sięgnie po ten krążek. Ja na pewno. Zwróćcie uwagę na teledysk, w którym muzycy biją się i nie jest to raczej subtelna potyczka.
Koszyk Średni:
The Boo Radleys - Ride the Tiger
Kolejna zupełnie niedoceniona formacja, nawet w ich ojczyźnie. To niesamowicie udana muzyka, będąca mieszanką tego, co na Wyspach najlepsze i najbardziej lubiane. Beatlesowska melodyka i harmonie wokalne, beatlesowska psychodelia, sposób grania i podejścia do instrumentarium. To już było – rzeknie maluczki. Oczywiście, ale z tak niepowtarzalnym wdziękiem i niepodrabialnym klimatem nikt nie tworzył. Ich piosenki, nawet te niezwykle przebojowe lubiły wymykać się spod kontroli i zaczynały żyć własnym życiem. Ride the Tiger jest najbardziej typowym ich kawałkiem, ni to gitarowa zabawa, typu Oasis (które powstało znacznie później), niby przypominające trochę Stone Roses bujanie rockowe, zaczyna się w pewnym momencie przeistaczać w kompletne psychodeliczne wariactwo. Takich niesamowitych pereł namnożyli sporo na niesamowitej płycie Giant Steps. No i oni stworzyli najlepszą pobudkę w historii muzyki – czyli Wake up! Niedocenieni, a przecież nikomu w niczym nie ustępowali, cóż – takie życie.
Koszyk lekki:
Orchestral Manoeuvres in the Dark – Souvenir
To niezwykła formacja, niezwykła nie dlatego, że tworzy jakąś wybitną muzykę, ale niezwykła w swej zwykłości. Pamiętam mój pierwszy kontakt z Souvenir i całą płytą Architecture & Moralisty – po prostu padłem na kolana. Trzymałem się za głowę i nie dowierzałem. OMD przeszli wtedy do panteonu współtwórców nurtu New romantic. Ich miejsce jest tam w pełni zasłużone, bo to cudowna, piękna muzyka. Pełna magii i ciepła. Nie mam umiejętności, by w pełni oddać istotę tego piękna. Takie zwyczajne i takie niezwykłe. Orchestral Manoeuvres in the Dark dali się poznać także jako twórcy bardziej konwencjonalnej muzyki, która nie dostarcza już takich uniesień artystycznych, ale ma w sobie sporo wdzięku i właściwie po dziś dzień są w wysokiej formie. New Babies: New Toys właściwie niczym, nie ustępuje klasycznym hitom, a ma w sobie świetny sznyt produkcyjny. Oczywiście, to już nie to co Souvenir, czy Joan Of Arc. Ale cieszy bardzo i bardzo pięknie płynie. Kanon muzyki pop.
http://www.mycharts.pl/forumdisplay.php?fid=111
czwartek, 1 grudnia 2011
Odsłona 33: Tuzin powodów
Koszyk Lekki:
Level 42 - Lessons In Love
Jeden z najpotężniejszych szlagierów mojej wczesnej młodości. Pop idealny. Wszystko tu jest niezwykłe, cudowna melodia, niedzisiejsza lekkość, bezpretensjonalność, przestrzeń, aranżacje. Oczywiście to pop skrojony na listy przebojów, ale ileż w tym elegancji, polotu, piękna, słodyczy. Niespotykany w tamtym czasie kapitalny teledysk. Co ważne, Level 42 okazał się wyrazistą formacją o własnej twarzy, która przez wiele lat dostarczała wiele wspaniałych, niemniej udanych hitów, trzymając wysoki poziom. Co ciekawe mieli ciągoty do funku spod znaku The Steely Dan, do pop-rocka a’la Toto, do soulu. Zawsze trzonem ich muzyki była piękna melodia, rytm i świetna aranżacja, elegancja. Nie potrzebowali uciekać się do wątpliwych artystycznie mariażów z gwiazdkami disco, nie słabili tandetnym rytmem jak niektóre zespoły mają w zwyczaju. Dziś już tak się nie śpiewa, nie gra, nie tworzy. Nie jest się w stanie.
Koszyk Średni
My life story - 12 reasons why i love Her
To była niesamowita efemeryda, która przeleciała przez moje małżowiny i zniknęła. Przesympatyzna piosenka, która zawładnęła mną swego czasu mocno. Rozbudowany aranżacyjnie, dostojnie zagrany i pełen rozmachu song o miłości. Ten facet ma niesamowite możliwości wokalne, coś pomiędzy wokalistą Frankie goes to Hollywood a Nikiem Heywardem. Muzycznie to klasyczny britpop coś pomiędzy Super Furry Animals a The Supernaturals. Miałem kasetę kiedyś i katowałem się, gdy humor mi się popsuł. Bo po przesłuchaniu – od razu się poprawiał. Taki hydraulik mojego samopoczucia.
Koszyk Ciężki
Stone Temple Pilots - Trippin' On A Hole In A Paper Heart
Scott Weiland przeżył sporo, bo niby dlaczego nie mógł? Pokusy czyhające na rock’n’rollowca to naprawdę ciężka walka. Scott jest tak barwną osobowością i tak niesamowitym muzykiem, że nie potrafię mówić o nim inaczej jak tylko w superlatywach. Nie dość, że jego rodzima formacja tworzyła masę niesamowitych piosenek, nie dość, że Scott udzielał się w wielu pobocznych projektach, współtworzył supergrupy, to jeszcze dysponuje niebywałą charyzmą. Jest też człowiekiem, który cierpi, który wpadł w sidła narkotykowego nałogu mający na koncie wielu ludzi, nie tylko artystów. Czym jest Stone Temple Pilots? Na początku wdawało się, że będzie klonem Nirvany, podobne emocje, czas i sposób tworzenia. To był cholernie niesprawiedliwy osąd i krzywdzący. Ale szybko okazało się, że Welland i spółka mają dużo więcej do zaoferowania, potrafią tworzyć piękne ballady, psychodeliczne odjazdy muzyczne, hardrockowe jazdy. Moja ulubiona płyta Tiny Music...Songs From The Vatican Gift Shop – jest właściwie tak narkotyczna, że aż wierzyć się nie chce. Tak cudowna i tak świeża. A Trippin' On A Hole – to jeden z ostatnich kawałków, w których solo gitarowe ma sens.
sobota, 26 listopada 2011
Odsłona 32 - Chwila jasności
Koszyk Lekki
LCD Soundsystem - I Can Change
To co wyprawiał James Murphy wprawiało mnie wielokrotnie w osłupienie, w jego muzyce było po bez liku różnych, często wykluczających się konwencji artystycznych. Sposób tworzenia i grania spowodował, że LCD Soundsystem wyróżniał się nietuzinkowością, brawurą, jakąś bezczelnością, bezwstydnością. Oparta na elektronice w gruncie rzeczy prosta muzyka zyskiwała na mocy nonszalanckim podejściem do konwencji i stylistyki. Efektem tego jest odjechany do cna North American Scum czy mający ewidentny smak happeningu Drunk Girls. Był to bodaj pierwszy artysta, który ośmielił się muzykę elektroniczną pożenić z punkową infantylnością i wariactwem. Choć nie brakowało rozbudowanych nowofalowych kompozycji, narkotycznych hitów, dziwolągów kompletnie wymykających się jakimkolwiek koszykom i klasyfikacjom, nawiedzonych syntetycznych pochodów zimnych jak lód, zwariowanych rock’n’rollowych szaleństw w stylu Talking Heads, w końcu zwykłych piosenek. Fascynująca formacja. Że też ich nie zobaczyłem na żywo. Wybrać jeden kawałek? Nie da się, każda ich piosenka ma w sobie coś niepowtarzalnego. Może I Can Change, bo to taki rasowy przebój, taka zwykła piosenka niezwykłego zespołu.
Koszyk Średni:
The Mission - Butterfly on a Wheel
Pewnie duże zaskoczenie, że tacy pionierzy gotyku, tak wielka formacja, pionierzy, a ten wybiera zwyczajną piosenkę. To faktycznie niesamowita kapela. Niecodzienna. Kocham mrok Wasteland, jeszcze czuć, że spowija go ten sam klimat, który panuje na płytach rodzimej formacji Wayne'ego Husseya, kocham ten niesamowity rytualny dźwięk Tower Of Strength, coś nie do podrobienia, to arcydzieło totalne, lubię znienawidzone przez fanów Like A Child Again, przekochane, cudowne folkowe brzmienia i przestrzeń. A ja mimo to zadurzony jestem po dziś dzień w Butterfly on a Wheel. Nie wyobrażam sobie życia bez tej piosenki. Oddycham nią. Płaczę nią. Śni mi się. Jeśli ktoś kiedyś muzyką potrafił dotknąć nieba i piekła jednocześnie – to był to na pewno Hussey. Wiem, że są lepsze, cudowniejsze, ale to jest mój hit już 21 lat. Na okrągło.
Koszyk Ciężki:
Therapy? - A moment of clarity
Irlandia nie słynie tylko z piwa I U2. Słynie wg mnie z Therapy?. Ten znak zapytania, nie służył bynajmniej po to by rozróżnić tę kapelę od 20 innych o tej samej nazwie pojawiającej się w playliście Blalocka z zapadłej wiochy w Teksasie. Bo drugiej takiej terapii świat nie widział. Katowałem się kiedyś tą kasetą z człowiekiem z głową w kuble i kocham ją w całości, Kocham i Infernal Love. Choć mogłem równie dobrze wybrać mnóstwo innych niemniej atrakcyjnych piosenek, bardzo różnych i bardzo niezwykłych. Czy to będzie punkowe Stories, czy trashmetalowe Knives, czy przezabawne i przebojowe Die Laughing, czy zagrane na smyczkach Diane, wybrałem ostatecznie bajeczne na wskroś A moment of clarity, zdecydowanie najpiękniejsza ich piosenka i może i jedna z najpiękniejsza jakie stworzono na naszym globie. Nie jest to ich typowa piosenka, nie jest to ich muzyczne credo. Ale to prawdziwe arcydzieło. Wielka pieśń. Wybitna pod każdym względem.
Laurka
Phish- Free
środa, 16 listopada 2011
Odsłona 31 – Twój duch
Koszyk średni:
My Chemical Romance - The Ghost Of You
Modlitwa bardziej niż piosenka, ilekroć wracam do tego pięknego hymnu, dostojnego arcydzieła – nie wierzę własnym uszom. Formacja My Chemical Romance bywa kojarzona z radosnym i nieco jałowym pobrzękiwaniem. Okazuje się, że taka postawa jest sporym błędem, bo Three Cheers For Sweet Revenge to krążek fantastyczny i nietuzinkowy. The Ghost Of You jest ukoronowaniem ich kariery, każde uderzenie w struny, każdy oddech, każda nuta rozbraja moją duszę. Teledysk, wstrząsający antywojenny obraz, robi niesamowite wrażenie. Emocje z tekstu rozsadzają duszę. Smutek i lęk. Nierówna to kapela, ale miała niesamowite momenty. A bywały takie jak te…
Koszyk lekki:
Rooster - One of those days
Posprzątała mnie ta niesamowita melodia swego czasu. Melodia…, pewnie Michał91 podzieli moją opinię, melodia ratuje każdą piosenkę. To jej szkielet. Od niej zaczyna się tworzenie piosenki. Można mieć słabszy dzień w sprawach aranżacji, można nie mieć werwy w temacie doboru przeszkadzajek, można być trochę na przekór światu w kwestii rytmu. Duszy nie okłamiesz, ona potrzebuje przeboju. A melodia jest gwarantem stworzenia przeboju. Każdy tęskni za dobrą piosenką. Rooster nie łamie barier, nie tłamsi, nie dokucza. On jest aki jaki jest. Łatwy. Ale One of those days w swoim okresie zachwycił mnie, czym? Odpowiedź wyżej.
Koszyk ciężki:
Fuel – Shimmer
Oglądałem ten teledysk z Andrzejem z tysiąc razy. Mam ochotę na następny tysiąc. Nie dlatego, że Fuel tworzy wybitną muzykę, bo nie tworzy. A ostatnio tworzy koszmary okropne. Na z-rocku epatowałem się ich hitami, prostymi motywami gitarowymi, prostymi słowami, chwytliwymi melodiami. Zawsze to była miłość typu mimo to…. Andrzej, obejrzymy jeszcze raz?
Laurka:
Maroon 5 - This Love
Jak można z to robić Cristiną? Nie chodzi o bzykanie Pop doskonały.
piątek, 11 listopada 2011
Odsłona 30 - Wsteczne lusterko
Koszyk Lekki
Sinead O'Connor - Mandinka
Łysa, czasem z włosami, kontrowersyjna, czasem nie, łagodna, czasem nie, ubrana ładnie czasem nie. Kobieta. Śpiewa ładnie…. czasem przepięknie. To jest constans. Nawet najbardziej banalne piosenki dzięki jej charyzmie wokalnej stają się epopejami. Tak właśnie jest z Mandinką, wybrałem tę banalną piosenkę, choć mógłbym tysiąc innych. The Lion and the Cobra była płytą, którą uznać można za arcydzieło. Jak to jest z nią? Jak można nie zachwycać się tym głosem, tym niecodziennym sposobem artykułowania emocji? Nie sposób. Był okres, że się obraziłem, bo zaczęła rzępolić. Że tworzyła muzykę dla samego tworzenia, ale nawet gdy była na artystycznym dnie, czuć było ten niepowtarzalny geniusz. Ten Głos, te Emocje. Zawsze zaangażowana, zawsze niezwykła. Zawsze po moich plecach chodziły mrówki, konkretnie gatunek atakujący serce. Bardzo jadowite stworzenie.
Koszyk Ciężki
Pearl jam – Rearviewmirror
Perłowy Dżem. Trudno o gorszą nazwę dla tak kapitalnej formacji. Formacji bez wątpienia wybitnej. Bez której nie wyobrażam sobie wszystkiego. Nie wyobrażam sobie Muzyki, nie wyobrażam sobie aktualnego muzycznego światopoglądu, nie wyobrażam sobie przeszłości. Bez Veddera to musiałby być jakiś mrok. Jak średniowiecze. Koszmar. Eddie i ekipa to jedna z moich ulubionych załóg. Nawet w momencie, gdy już przestałem wierzyć, zapodali Just Breathe. Czyli grubo po debiucie. Zliczyć arcydzieła? Nie dam rady. To pasmo wytyczone przez artystycznego buldożera. W pewnym momencie każdy chciał brzmieć w ten sposób. Epigonów nie sposób było zliczyć w tradycyjny sposób. Oni byli w stanie grać wszystko i zawsze to elektryzowało. Pierwsze trzy płyty to po prostu krążki, które trzeba zostawić wykute w diamencie, by po kolejnym zlodowaceniu, nowa forma życia mogła poznać. Wracając na ziemię przed kataklizmem. Spin the Black Circle to furia i złość, Tremor Christ to choroba, Daughter to jakiś piękny uśmiech. Given to Fly grać na gitarze to czysta przyjemność. Better Man – mega hit. Eddie – jeśli ktoś nie wierzy w Boga, słuchając tego głosu można uwierzyć w istnienie wyższej instancji. Szare było by życie bez perłowego dżemu. Suche, jałowe, nijakie.
Koszyk Średni:
The Rembrandts - Johnny Have You Seen Her
Każdy kojarzy ten duet z koszmarem telewizyjnym – Przyjaciele. Nie bardzo wiem dlaczego, bo zespół wyłożył znacznie mocniejsze działa w stronę publiki. Choćby przepiękny hit That's Just The Way It Is Baby, bajeczna pieśń o miłości, czy Johnny Have You Seen Her – kapitalna pieśń o infantylnej miłości. Każdy młody człowiek, który zachwyca się pięknymi hitami w 2011 roku i myśli, że zawsze będą one ponadczasowe i zawsze będą na ustach ludzi – jest w błędzie. Wielkim. Nie sądziłem, że That's Just The Way It Is dziś będzie w tak głębokiej defensywie. Że taka muzyka będzie niechciana, że to co kiedyś nie schodziło z czołówek wszystkiego, coś tak niepowtarzalnego będzie dziś w głębokim marginesie. Cudowny folk – rock z pogranicza Jayhawks i Crowded Hose – same nośne nazwy. Nie dziś. Nie teraz. Dziw bierze.
http://www.zie.nl/video/muziek/The-Rembr...cz7x7f40as
Laurka
Donkeyboy - Ambitions
Subskrybuj:
Posty (Atom)